piątek, 26 kwietnia 2013

Rozdział 1


Ulica Royal Avenue od dawna nie wyglądała tak spokojnie. Noc była dość ciepła i bezwietrzna, trawniki pokrywały warstwy kolorowych liści, a na tle księżyca co jakiś czas przelatywały sowy i puchacze, prawdopodobnie dostarczające pocztę. Dom numer 15 miał niedbale zaciągnięte zasłony, spod których sączyło się słabe światło. Cała ta sceneria wydawała się być aż nadto cicha, wręcz senna.

Jednak ten spokój był tylko pozorny, bo chwilę później rozległ się przerażający krzyk rodzącej kobiety, dobiegający właśnie z piętnastki. W jednej chwili wszystkie ptaki, wystraszone hałasem, poderwały się z drzew. Na moment znów zapadła cisza, którą ponownie przeszył wrzask, tym razem jednak bardziej rozpaczliwy, połączony ze szlochem.

- Ginny, proszę cię, wytrzymaj. Jeszcze trochę. – Harry, który na co dzień łapał największych czarnoksiężników i posyłał ich do Azkabanu, teraz miał łzy w oczach. Jeszcze nigdy w życiu nie czuł się tak bezradnie. Jego narzeczonej groziło śmiertelne niebezpieczeństwo związane z porodem, a on mógł tylko siedzieć obok i starać się ją pocieszać. Nie potrafił w żaden sposób zmniejszyć jej bólu. W jednej ręce ściskał swoją różdżkę, gorączkowo próbując wymyślić jakieś sensowne zaklęcie, a drugą trzymał dłoń Ginny.

Na szczęście Ron i Hermiona wzięli sprawy w swoje ręce. Podwinęli rękawy i wzięli się do pracy. Dziewczyna wyciągnęła swoją różdżkę i wystrzeliła w stronę Ginny strumień błękitnego światłą. Ta zaczęła przeraźliwie krzyczeć i wykrzywiać twarz w grymasie bólu.

- Expelliarmus! – Harry odruchowo wytrącił Hermionie różdżkę. – Co ty wyprawiasz?! – wrzasnął ze złością.

- Harry... ja... – na jej twarzy malowało się zmieszanie i poczucie winy. – To jest zaklęcie Partusilliusa. Trochę zwiększa ból, ale za to bardzo przyspiesza poród. Nie musiałaby się tak długo męczyć. Myślałam, że może... może to będzie dobre rozwiązanie.

- Dobre rozwiązanie? Nie widzisz, jak ona cierpi?! Nie zgadzam się!!!

Hermina tylko pokiwała głową. Nie mieli czasu na dalsze kłótnie.

Ronowi na samą myśl o porodzie robiło się słabo. Nie miał o tym zielonego pojęcia, nie mówiąc już o jakichkolwiek pomocnych doświadczeniach, więc starał się nie przeszkadzać. Mamrocząc coś niezrozumiale pod nosem, krzątał się po domu i znosił do sypialni wszystko, co, jak mu się wydawało, mogło być potrzebne. Woda. Ręczniki. Tabletki przeciwbólowe. Plastry i bandaż. Coś, co wyglądało jak latarka, ale nie wiedział, co to dokładnie jest. I...

- Ron, po co ci teraz okulary przeciwsłoneczne? – Harry miał zmęczony głos i mówił takim tonem, jakby zwracał się do idioty.

Ron nic nie odpowiedział, wzruszył tylko ramionami. Prawdę mówiąc, sam nie wiedział, do czego potrzebne są mu okulary. Chyba gdzieś kiedyś przeczytał, że podczas porodu mogą być przydatne. Zresztą i tak nie miał ochoty, żeby się tłumaczyć. Był zbyt zestresowany całą sytuacją.

Także Hermiona, znana ze swojej pewności siebie i opanowania, nerwowo przewracała kartki Wielkiej Księgi Zaklęć w poszukiwaniu jakiejś pomocy. Sama nie wiedziała, czego szuka. Może zaklęcia ułatwiającego rozwiązanie? Dość głupie, pewnie nawet czegoś takiego nie było, lecz teraz nawet ona nie potrafiła racjonalnie myśleć. W Hogwarcie czuła się pewnie, ponieważ do każdej lekcji mogła się perfekcyjnie przygotować, natomiast jeśli chodziło o poród to nie mogła przewidzieć zupełnie NIC. W przypadku każdego dziecka wyglądał inaczej i był zależny od mocy rodziców oraz wielu innych czynników. Rozwiązanie mogło być bardzo podobne do mugolskiego.  Mogło też polegać na tym, że dziecko wytworzy się ze światła emanującego z jego matki lub uformuje się z części jej ciała.. Słowem: cała gama możliwości.

Z rozmyślań wyrwał ją krzyk Harry’ego.

- Hermiona! Ron!

Przyjaciele czym prędzej pobiegli do sypialni, zderzając się w drzwiach. To, co zobaczyli, sprawiło, że zamarli.

Ginny już nie krzyczała. Leżała spokojnie na łóżku z głową odchyloną do tyłu i szerokim uśmiechem na twarzy. Jej oczy zaszły mgłą i zdawały się być nieobecne. Wyglądała, jakby była w transie. Nagle spomiędzy nóg Ginny rozbłysło oślepiające rubinowe światło (na szczęście Ron miał okulary), a ta odetchnęła zrelaksowana, zupełnie jakby poczuła długo wyczekiwaną ulgę.

- Szybko, trzeba odebrać poród! – krzyknęła Hermiona, która jako pierwsza ocknęła się z szoku i podbiegła do łóżka.

Główka dziecka już wyłaniała się na świat, otoczona krwistym blaskiem. Dziewczyna czym prędzej zaczęła wyciągać noworodka. O dziwo, okazało się to bardzo proste, już po dziesięciu minutach trzymała je w swoich rękach. Wyglądało na to, że Harry i Ginny mieli córeczkę.

I tę właśnie chwilę Hermiona będzie pamiętać prawdopodobnie do końca swojego życia. Była taka szczęśliwa, trzymając w swoich rękach tę małą, kruchą istotkę, z myślą, że to właśnie ona, Hermiona Granger, mogła jako pierwsza przywitać ją na tym świecie. Dziecko wydawało jej się takie delikatne i bezbronne, że automatycznie poczuła wzmożoną chęć by je chronić. Nawet za najwyższą cenę. Przeszło jej przez myśl, że może to jest ten instynkt macierzyński, który przecież tak długo w sobie tłumiła. Ron zapewne jeszcze przez kilka lat nie będzie gotowy na dziecko, a ona postanowiła uszanować jego decyzję. Jednak teraz instynkt powrócił i to w całej swojej okazałości. Hermiona zupełnie zatraciła się w tym uczuciu, do tego stopnia, że przez ułamki sekundy zapomniała nawet, że to nie jest jej dziecko, tylko Harry’ego i Ginny.

Mimo wszystko, ta chwila niepohamowanego szczęścia nie trwała długo. Gdy ciało dziewczynki przestało się iskrzyć, Hermiona lepiej się jej przyjrzała i ujrzała coś przerażającego.

Była słaba, już na pierwszy rzut oka było widać, że coś jest nie tak. Kościstość dziecka najbardziej odznaczała się na jego twarzyczce oraz wychudzonych rączkach i nóżkach. To było absolutnie niewiarygodne, żeby dziecko mogło tak wyglądać. Sama skóra i kości. Oddychało płytko, z trudem nabierając powietrze, co od razu wywołało u Hermiony panikę.

- Coś jest nie tak. – te słowa same wyrwały się z jej gardła. Nie zamierzała wypowiadać na głos swoich myśli. To mogły być tylko przeczucia, mogła wyolbrzymiać pod wpływem emocji, przecież się na tym nie znała. Nie chciała niepotrzebnie niepokoić przyjaciół. W końcu Harry i Ron ledwo wytrzymywali napięcie ostatnich godzin, a Ginny, co oczywiste, musiała odpocząć po porodzie. Hermionie także należała się chwila wytchnienia, jednak w duchu wiedziała, że z dzieckiem dzieje się coś bardzo złego.

- Co się stało?! Co z moim maleństwem?!!! – Ginny w jednej chwili wróciła do rzeczywistości. Natychmiast wbiła swoje przerażone spojrzenie w dziecko. Zaraz potem zrobili to pozostali, którzy tak jak i rudowłosa momentalnie zamarli. Wszyscy spodziewali się, że dziecko będzie okazem zdrowia i mocy, albo chociaż okaże się przeciętnej budowy. Mogli się spodziewać wielu rzeczy, ale na pewno nie tego. Nie, tak nie mógł wyglądać potomek dwóch wielkich czarodziejów.

Nagle wszystko zaczęło się dziać w jednej chwili. Harry rzucił się do telefonu, żeby zadzwonić do czarodziejskiego lekarza, Ginny zaczęła płakać, jednocześnie krzycząc na innych, żeby ratowali jej dziecko, a Ron starał się jakoś opanować sytuację, lecz mu to nie wychodziło. Hermiona natomiast zrobiła to, co w tej chwili było całkowicie nieoczekiwane. Czym prędzej oddała dziecko swojemu chłopakowi, po czym, nie zważając na nic, wybiegła z domu.

Otulił ją całun nocy. Na ulicy świeciły się tylko dwie lampy, więc nie wiedziała dokąd biegnie. Chciała być tylko jak najdalej od tego całego zamieszania. A także od tego dziecka. Gdy przypomniała sobie jego drobne ciało i ten dźwięk, który wydawało, jakby się dusiło, oczy zaszły jej łzami. Próbowała biec dalej, ale obraz jej się rozmazał, straciła równowagę i upadła jak długa na ziemię. Nawet nie miała ochoty, żeby się podnieść. Leżąc na ziemi zaniosła się szlochem. Szlochem przesączonym bólem i poczuciem winy. Co ona zrobiła? Jak mogła rzucić niebezpieczne i, tak na dobrą sprawę, niesprawdzone zaklęcie, jakim jest Partusillius? A co, jeżeli bezpowrotnie uszkodziła płód? Jeżeli to z jej winy dziecko jest w takim stanie??? Hermiona chyba nigdy by sobie tego nie wybaczyła. Wyrzuty sumienia, niczym macki jakiejś morskiej bestii, oplatały umysł dziewczyny i nie pozwalały jej myśleć o niczym innym.

Po jakimś czasie, który zdawał się trwać wieki, jej zdrowy rozsądek wreszcie przebił się przez emocje. Z trudem opanowawszy histerię, usiadła i rozejrzała się dookoła. Wcześniej nawet nie zauważyła rzęsistego deszczu, który najwyraźniej padał już od dłuższego czasu. Zaczęła lustrować wzrokiem każdy napotkany kształt, aż uświadomiła sobie, że znajduje się w Hyde Parku. Mimo ciemności nie mogła nie rozpoznać niektórych drzew, ponieważ bardzo lubiła tu przychodzić. To dziwne, że nawet nie zauważyła, jak pokonała te parę przecznic. Zupełnie jakby na chwilę urwał jej się film. Hermiona spróbowała się uspokoić i zebrać porozrywane strzępki myśli.

I wtedy doznała olśnienia. Nareszcie zrozumiała, że okropny stan dziecka, to wcale nie musi być jej wina. W końcu nawet nie dokończyła rzucania zaklęcia Partusilliusa, możliwe więc, że nie wywołało ono żadnych skutków.

Trzymając się tej myśli niczym ostatniej deski ratunku, Hermiona wstała, strzepnęła z siebie ubłocone liście i skierowała się w stronę Royal Avenue. Po drodze układała sobie w głowie słowa wyjaśnienie dla tak dziecinnego zachowania, jakim była ucieczka w najmniej odpowiednim momencie. Stąpała powoli, podczas gdy deszcz smagał ją po policzkach i zmywał resztki ziemi z jej ubrań. Gdy wchodziła na ganek drzwi się otworzyły i ujrzała w nich Dr Remedy’ego, zaprzyjaźnionego lekarza rodziny Weasleyów. Najwyraźniej to on przybył, aby zbadać dziecko.

- O, panienka Granger. Witam. – powiedział z lekkim uśmiechem, choć na jego twarzy nie było widać ani cienia radości. – Co słychać w Ministerstwie?

- Co z dzieckiem? – dziewczyna odpowiedziała pytaniem na pytanie. Nie miała czasu ani ochoty na sztuczną przyjacielską pogawędkę. Chciała jak najszybciej poznać prawdę.

- Ono... Jego stan jest dość... dość poważny. – Dr Remedy ociągał się z odpowiedzią, wyraźnie unikając wzroku Hermiony. – Przepraszam, ale muszę już iść. Obowiązki wzywają.

Remedy spróbował ominąć dziewczynę i uciec od niewygodnej rozmowy, ale to jeszcze bardziej ją zdenerwowało. Zastąpiła mu drogę i zmusiła go, by wreszcie na nią spojrzał.

- Doktorze! Niech pan mi wreszcie powie, o co chodzi! – nakazała silnym głosem, a już ciszej dodała – Proszę.

- Ech... no dobrze. – Dr Remedy westchnął z rezygnacją. – Podczas porodu wystąpiły komplikacje. Dziecko nie przejęło swojej mocy, która w całości pozostała w łonie matki. Z tego powodu jest osłabione, ma problemy z oddychaniem, a jego układ odpornościowy nie spełnia właściwie swojej roli. – zawahał się. – Wiem, że rzuciłaś zaklęcie Partusilliusa, chcę cię jednak uspokoić. Nie wpłynęło to, choćby w najmniejszym stopniu, na aktualny stan dziecka, więc nie ma w tym żadnej twojej winy.

- Więc... więc jaka jest tego przyczyna?

            - Po prostu w grę wchodzi bardzo potężna moc. Ginny jest jeszcze młoda, ma w końcu niecałe dwadzieścia lat i dlatego nie była na to gotowa... Cóż, mówiąc krótko, w organizmie dziecka brakuje tej podstawowej energii, z której każdy czarodziej czerpie swoją siłę do życia. Dziewczynce zostały dwa, góra trzy tygodnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz